Droga do Chojen - Julian Przyboś

12:13 Igor Banaszczyk 0 Comments

Julian Przyboś

DROGA DO CHOJEN

Przed wielu laty, było to po powrocie z wojenki na której zmierzyłem
piechotą najwięcej w moim życiu widnokręgów - napastowały mnie, zachwycały
aż do przerażenia sny o przestrzeniach, o nie kończących się, bezmiernych
krajobrazach, o otchłannych niebach z gwałtownymi obłokami. Zachwyt -
przerażenie rządziły tymi widzeniami, czułem się zgubiony w nieznanych dalach,
chciałem wrócić do znajomego rodzinnego pejzażu, do domu dzieciństwa
- i budziłem się z gwałtownym biciem serca i krzykiem
Wiem, że te sny były spotężniałym echem najpierwszego przeżycia Ziemi,
tego, który opisałem w utworze ,,Żyjąc”, echem zwielokrotnionym i wzmożonym
ciężkimi doświadczeniami owej wojenki.
A oto dziś o świcie - bez tego sennego lęku - doznałem czegoś podobnego.
Szedłem czarną, wysypaną miałem węglowym drogą wśród ściernisk i kartoflisk
z Józefowa do Chojen. Zza wzgórza nie wzeszło - ale jakby czyjąś
ręką wypchnięte, szeroką na pół nieba boga Apollina ręką - skoczyło naprzód -
poziomo w krajobraz, we mnie Słońce, i -
Zagubiłem się w przestrzeni.
Słońce dotknęło, położyło się na chwilę na najwyższym z kępy słoneczników
i starło wszystko, co znajome wokół drogi. Szedłem wzięty w dwa ognie.
Z tyłu czułem pchający mnie płomienny ogrom - a z przodu miałem w oczach
z olbrzymioną tarczą słonecznika - to obracają się żółtymi, wielkimi jak u
wiatraka skrzydłami, to przystają na mgnienie - i wtedy tylko dostrzegałem
obok kątem oka szary, bez określonych kształtów obszar - tło, na którym biegną
czarne, zielone, fioletowe, różowe, niedokładnie okrągłe i pomykające kola,
kółka, koła.
Odwróciłem się, żeby uwolnić od tego zawrotu przestrzeni: słońce jednak oderwało się od szczytu wzgórza i nie szło wprost wzdłuż drogi, na mnie lecz jak zwykle podnosiło się w górę, ale obsesja – ta z dzieciństwa i ze snów – nie opuściła mnie. Dostrzegałem czarne słupy telegraficzne, rozkraczone nadmiernie w jasnym, jakby po raz pierwszym podanym do widzenia powietrzu – i druty niezrozumiałe, nie te, o których wie, że przenoszą iskrę elektryczną, ale jakby tylko po to zawieszone, żeby straszyć rysując nad drogą inną, omylną drogę, zabłąkanie. Te słupy i druty odrywały mnie od powierzchni i uczucie niesamowitości rosło.
Idąc dalej, zacząłem szybko szukać wzrokiem jakiegoś znajomego przedmiotu w krajobrazie, żeby się na nim oprzeć, jakiegoś domu, drzewa, jak poręczy nad przepaścią – i na horyzoncie z lewej strony zatrzymała mnie kępa drzew, a dalej ku przodowi las. Przerzucałem wzrok na prawo od drogi: dalekie, bliższe niż z lewej zarysy kominów stały się jeszcze niższe i mniej dostrzegalne. Nie uzyskałem poczucia równowagi, ziemi się przechylała i uczucie zagubienia, niesamowitości i dziwu nie ustępowało. Zacząłem biec do najbliższego słupa, dopadłem go nie patrząc donikąd i objąłem ramionami. Całe D o o k o ł a zawirowało i stanęło. U końca drogi zobaczyłem autobus. Przystanął. To pięćdziesiątka czwórka do Chojen, a stamtąd na stację, na Dworzec Fabryczny. Do brzydoty zwyczajnej, oswojonej, ludzkiej, która broni przed objawieniem nieodkrytych, przerażających i zachwycających stron świata.

You Might Also Like

0 komentarze: