Nie mamy żadnego „prawa do szczęścia”. C.S. Lewis

01:51 Igor Banaszczyk 3 Comments

Polecam wszystkim do przeczytania i przemyślenia. I zapraszam do dyskusji.

Nie mamy żadnego „prawa do szczęścia”. C.S. Lewis


„No, przecież, powiedziała Klara, mieli oni prawo do szczęścia.”
Dyskutowaliśmy na temat czegoś, co wydarzyło się kiedyś w naszym sąsiedztwie. Pan A porzucił panią A i wziął rozwód, ażeby poślubić panią B, która również wzięła rozwód, żeby poślubić pana A. Nie było oczywiście wątpliwości, że pan A i pani B byli bardzo w sobie zakochani. Jeśli ta miłość by trwała, i jeśli nie popsułyby się ich zdrowie czy dochody, mieliby podstawy spodziewać się, że będą bardzo szczęśliwi.
Było równie pewne, że nie byli oni szczęśliwi ze swoimi poprzednimi partnerami. Z początku pani B uwielbiała swojego męża, ale potem został on kontuzjowany na wojnie. Przypuszczano, że stracił męskość, a to, że stracił pracę, wiedziano. Życie z nim nie było już tym, czego oczekiwała pani B. Również marny był los pani A. Straciła urodę i całą swoją witalność. Mogło być prawdą, że zniszczyła się, jak niektórzy twierdzili, rodząc mężowi dzieci i pielęgnując go podczas długiej choroby, która kładła się cieniem na ich wcześniejszym życiu małżeńskim.
Nie należy, nawiasem mówiąc, wyobrażać sobie, że pan A był typem mężczyzny, który nonszalancko odrzucił żonę jak skórkę wyssanej pomarańczy. Jej samobójstwo było dla niego ogromnym wstrząsem. Wszyscy to wiedzieliśmy, bo sam nam o tym mówił. „Ale, co ja mogłem zrobić? – powiedział. – Człowiek ma prawo do szczęścia. Musiałem chwytać się mojej szansy, kiedy się tylko pojawiła.”
Odszedłem zastanawiając się nad pojęciem „prawa do szczęścia”.
Z początku zabrzmiało to dla mnie tak dziwnie jak prawo do uśmiechu losu. Ponieważ wierzę – bez względu na to, co na ten temat powie pewna szkoła moralistów – że bardzo duża część naszego szczęścia czy nieszczęścia zależy od okoliczności znajdujących się poza jakąkolwiek ludzką kontrolą. Mówić o prawie do szczęścia tak samo nie ma według mnie sensu, jak mówić o prawie do tego, by mieć sześć stóp wzrostu, czy mieć milionera za ojca, czy też mieć ładną pogodę, kiedy wybieramy się na piknik.
Potrafię zrozumieć prawo jako wolność zagwarantowaną mi ustawami społeczeństwa, w którym żyję. Tak więc, mam prawo poruszać się po drogach publicznych, ponieważ społeczeństwo daje mi to prawo; to właśnie mamy na myśli nazywając te drogi „publicznymi”. Mogę również zrozumieć prawo jako uzasadnione roszczenie zagwarantowane mi ustawowo i związane z jakimś zobowiązaniem ze strony kogoś innego. Jeżeli mam prawo odebrać 100 funtów od ciebie, to jest to inny sposób na wyrażenie tego, że ty masz obowiązek zapłacić mi 100 funtów. Jeżeli prawa zezwalają panu A na opuszczenie żony i uwiedzenie żony sąsiada, to w takim razie, zgodnie z definicją, pan A ma ustawowe prawo to czynić, a my nie potrzebujemy wprowadzać tu tematu „szczęście”.
Oczywiście nie to jednak miała na myśli Klara. Chciała ona powiedzieć, że pan A miał nie tylko ustawowe, ale i moralne prawo zrobić to, co zrobił. Innymi słowy Klara jest – albo raczej byłaby, gdyby to przemyślała – klasycznym moralistą w rodzaju Tomasza z Akwenu, Grotiusa, Hookera, Loche’a. Wierzy ona, że za prawami państwowymi stoi jakieś prawo natury.
Zgadzam się z nią. Uważam tę koncepcję za podstawę całej cywilizacji. Bez niej aktualne prawa państwowe stają się absolutem jak u Hegla: nie podlegają krytyce – ponieważ nie istnieje wzorzec, względem którego można by je oceniać.
Rodowód maksymy Klary: „Oni mają prawo do szczęścia”, jest imponujący. Istnieje formuła miła dla wszystkich cywilizowanych ludzi, ale szczególnie dla Amerykanów, że jednym z praw człowieka jest prawo do „pogoni za szczęściem”. I tu dochodzimy do sedna sprawy.
Co mieli na myśli autorzy tej wspaniałej deklaracji?
Jest sprawą oczywistą, czego nie mieli na myśli. Nie mieli na myśli tego, że człowiek ma prawo dążyć do szczęścia wszelkimi środkami – w tym, na przykład, drogą mordu, gwałtu, rozboju, zdrady czy oszustwa. Żadnego społeczeństwa nie można by zbudować na takich podstawach.
Mieli oni na myśli „dążenie do szczęścia wszelkimi legalnymi środkami”; to znaczy wszystkimi środkami, które prawo natury sankcjonuje odwiecznie i które prawa państwowe powinny sankcjonować.
Trzeba przyznać, że z początku wydaje się to sprowadzać ich maksymę do tautologii, iż ludzie (w pogoni za szczęściem) mają prawo do wszystkiego, do czego mają prawo. Jednak tautologie widziane na tle ich właściwego kontekstu historycznego nie zawsze są jałowymi tautologiami. Deklaracja ta jest przede wszystkim wyparciem się politycznych zasad, które przez długi czas rządziły Europą: wyzwaniem rzuconym cesarstwom austriackiemu i rosyjskiemu, Anglii – przed wydaniem ustawy o reformie systemu wyborczego w 1832 roku, Francji – za czasów Burbonów. Domaga się ona, żeby wszystkie te środki dążenia do szczęścia, które są legalne dla niektórych, stały się legalnymi dla wszystkich; żeby „człowiek”, nie ludzie jakiejś szczególnej kasty, klasy czy religii, mógł z nich korzystać. W czasach, kiedy przemilcza się to we wszystkich narodach i wszystkich partiach, nie nazywajmy jej jałową tautologią.
Lecz kwestia, jakie środki są „legalne” – jakie metody dążenia do szczęścia są dozwolone pod względem moralnym przez prawo natury, czy też powinny zostać stwierdzone przez ciało ustawodawcze określonego kraju jako prawnie dozwolone – pozostaje nadal nie rozwiązana. W tej też kwestii nie jestem zgodny z Klarą. Nie uważam za rzecz oczywistą, żeby ludzie mieli, jak to ona sugeruje, nieograniczone „prawo do szczęścia”.
Jestem bowiem po pierwsze przekonany, że kiedy Klara mówi: „szczęście”, to ma na myśli tylko i wyłącznie „szczęście seksualne”. Uważam tak po części dlatego, że kobiety pokroju Klary nigdy nie używają słowa „Szczęście” w innym znaczeniu, ale i dlatego, że nigdy nie słyszałem, żeby Klara mówiła o prawie do czegokolwiek innego. W swoich przekonaniach politycznych była ona raczej lewicującą i zgorszyłby ją ktoś, kto broniłby działalności bezwzględnego, żerującego na ludziach potentata handlowego na podstawie tego, że jego szczęście polegało na robieniu pieniędzy i że dążył do osiągnięcia tego swego szczęścia. Była również zacietrzewioną abstynentką: nigdy nie słyszałem, żeby usprawiedliwiała alkoholika tym, że stan nietrzeźwości dawał mu szczęście.
Bardzo wielu spośród znajomych Klary, a zwłaszcza ich żeńska cześć, częstokroć odczuwała – słyszałem jak to mówiły – że ich własne szczęście zwiększyłoby się w sposób dostrzegalny przez zdzielenie jej po uszach. Bardzo wątpię, czy byłoby to zastosowanie jej teorii na temat prawa do szczęścia.
Klara w rzeczywistości robi to, co cały zachodni świat robi – takie odnoszę wrażenie – przez ostatnie z górą czterdzieści lat. Kiedy byłem nastolatkiem wszyscy postępowi ludzie mawiali: „Po co cała ta pruderia? Traktujmy płeć tak samo, jak traktujemy wszystkie nasze pozostałe popędy”. Byłem na tyle naiwny, że mówili to, co mieli na myśli. Później odkryłem, że na myśli mieli coś dokładnie przeciwnego. Uważali, że płeć należy traktować tak, jak żadne inny popęd naszej natury nigdy przez ludzi cywilizowanych nie był traktowany. Zgadzamy się co do tego, że wszystkie pozostałe popędy należy trzymać na wodzy: absolutną uległość instynktowi samozachowawczemu nazywamy tchórzostwem, a popędowi do gromadzenia – skąpstwem. Nawet od snu trzeba się powstrzymywać, jeżeli się jest wartownikiem. Każde natomiast chamstwo i wiarołomstwo wydają się do przebaczenia pod warunkiem, że celem, do którego się dąży, są „cztery nagie nogi w łóżku”

To tak, jakby posiadać moralność, która potępia kradzież owoców – z wyjątkiem kradzieży brzoskwiń.
Jeżeli sprzeciwić się takim poglądom, podniesie się zwykle wrzask o prawowitości, pięknie i świętości „seksu” i zostaje się posądzonym o hołdowanie jakimś purytańskim uprzedzeniom przeciwko czemuś, co miałoby by być haniebne czy sromotne. Nie przyjmuję tego zarzutu. Z piany zrodzona Wenus… złota Afrodyto… o Pani nasza Cypryjska… nigdy nie pisnąłem słowa przeciwko tobie. Jeżeli mam coś przeciwko chłopakom, którzy kradną moje brzoskwinie, to czy trzeba mnie podejrzewać o generalną dezaprobatę dla brzoskwiń? Czy nawet w ogóle dla chłopców? To przecież kradzież mogłaby być tym, czego nie pochwalam.
Prawdziwy obraz sytuacji został zręcznie ukryty pod twierdzeniem, że „prawo” pana A do opuszczenia żony jest sprawą „moralności seksualnej”. Okradanie sadu nie jest wykroczeniem przeciwko jakiejś specjalnej moralności nazywanej „moralnością owocową”. Jest to wykroczenie przeciwko uczciwości. Czyn pana A jest wykroczeniem przeciwko wierności (uroczystym obietnicom), przeciwko wdzięczności w stosunku do kogoś, wobec kogo był tak zobowiązany i przeciwko zwykłemu humanitaryzmowi.
Naszemu popędowi płciowemu przypisuje się więc absurdalnie uprzywilejowane miejsce. Uważa się, iż motyw seksualny dostarcza usprawiedliwienia dla wszelkiego rodzaju postępowania, które, gdyby miało co innego na celu, byłoby potępione jako bezlitosne, perfidne i niesprawiedliwe.
Mimo, iż nie widzę podstaw do tego, żeby nadawać popędowi płciowemu ten przywilej, wydaje mi się, że rozumiem zasadniczą przyczynę, dla której tak się dzieje.
W naturze silnej, erotycznej namiętności – w odróżnieniu od przelotnego napadu pożądania – leży to, że robi ona bardziej niebotyczne obietnice niż jakiekolwiek inne uczucie. Bez wątpienia wszystkie nasze pragnienia robią obietnice, lecz nie w tak frapujący sposób. Stan zakochania pociąga za sobą niemal niezachwiane przekonanie, że będzie trwał do śmierci i że posiadanie ukochanej osoby zapewni nie tylko częste uniesienia, ale i trwałe, owocne, głęboko zakorzenione uczucie szczęścia, które trwać będzie przez całe życie. Skutkiem tego wydaje się, że stawką jest w s z y s t k o. Jeżeli przegapimy tę szansę, życie nie będzie miało sensu. Na samą myśl o takim losie pogrążamy się w bezdennych czeluściach litowania się nad sobą.
Niestety te obietnice często okazują się zupełnie fałszywe. Każdy doświadczony dorosły człowiek wie, że tak to wygląda w przypadku wszystkich namiętności erotycznych (z wyjątkiem tej, którą sam odczuwa w danej chwili). Nie jest nam trudno odnieść się sceptycznie do pretensji naszych przyjaciół, że są zakochani na wieki wieków. Wiemy, że taki stan czasem trwa, a czasem nie. Jeżeli jednak trwa, to nie dlatego, że takie nadzieje rokował od początku. Jeżeli dwoje ludzi osiąga trwałe szczęście, to nie jest tak dlatego, że są oni wielkimi kochankami, lecz dlatego, że są – muszę powiedzieć to bez osłonek – dobrymi ludźmi; ludźmi opanowanymi, lojalnymi, uczciwymi i wzajemnie dostosowującymi się.
Jeżeli ustanawiamy „prawo do (seksualnego) szczęścia”, które wypiera wszystkie normalne zasady zachowania, robimy to nie z powodu tego, czym nasza namiętność okazuje się w praktyce, lecz z powodu tego, co ona obiecuje, kiedy jesteśmy w jej szponach. W ten sposób złe postępowanie staje się rzeczywistością i powoduje cierpienia i poniżenie, szczęście zaś, które było celem tego postępowania, coraz bardziej okazuje się złudne. Wszyscy (za wyjątkiem pana A i pani B) wiedzą, że za jakiś rok pan A może mieć ten sam powód, żeby opuścić swoją nową żonę, jak ten, dla którego opuścił poprzednią. Znowu będzie uważał, że stawką jest wszystko. Znowu stwierdzi, że jest niezrównanym kochankiem, a współczucie dla samego siebie wykluczy współczucie dla tej kobiety.
Pozostają jeszcze dwie dodatkowe sprawy.
Oto jedna. Społeczeństwo, w którym toleruje się niewierność małżeńską, musi zawsze na dłuższą metę stać się społeczeństwem przeciwnym kobietom. Kobiety, niezależnie od tego, co ma na ten temat do powiedzenia trochę męskich piosenek i satyr, są z natury bardziej monogamiczne niż mężczyźni – jest to potrzeba biologiczna. Dlatego zawsze tam, gdzie stosunek pozamałżeński stanie się chlebem powszednim, będą one dużo częściej ofiarami niż winowajczyniami. Również szczęście rodzinne jest im bardziej konieczne niż nam; natomiast urody – przymiotu, który najbardziej ułatwia im utrzymanie przy sobie mężczyzny – ubywa z każdym rokiem po osiągnięciu przez nie wieku dojrzałego. Nie to jednak należy do tych cech osobowości, za pomocą których my utrzymujemy przy sobie kobiety (do naszego w y g l ą d u kobiety nie przywiązują najmniejszej wagi). Tak więc, w tej bezwzględnej wojnie kobiety żyjące w związkach pozamałżeńskich są w podwójnie niekorzystnej sytuacji. Grają one o wyższą stawkę i ich przegrana jest bardziej prawdopodobna. Nie sympatyzuje z moralistami, którzy ciskają gromy na zwiększający się prymitywizm prowokacyjnego zachowania się kobiet. Te objawy rozpaczliwego współzawodnictwa napełniają mnie współczuciem.
Po drugie, mimo, że „prawa do szczęścia” żąda się głównie dla popędu seksualnego, wydaje mi się niemożliwe, żeby na tym sprawa miała się zakończyć. Zgubne prawo, raz przyznane tej dziedzinie musi prędzej czy później przeniknąć do całego naszego życia. W ten sposób zbliżamy się do takiego stanu, w którym w społeczeństwie nie tylko każdy człowiek, ale każdy popęd w życiu człowieka będzie domagał się carte blanche. A wtedy, mimo że nasze technologiczne kwalifikacje mogą nam pomóc przetrwać trochę dłużej, nasza cywilizacja umrze od środka, i zostanie – nawet nie śmiem dodać „niestety” – zmieciona z powierzchni ziemi.

You Might Also Like

3 komentarze: