Seria MITY czyli feministki nie umieją pisać

12:15 Igor Banaszczyk 0 Comments

Seria MITY czyli feministki nie umieją pisać
Tytuł rzecz jasna jest nieco na wyrost, bo jedna z moich ulubionych pisarek uważa się za feministkę (inna sprawa, że gdyby wszystkie z nich głosiły takie poglądy jak Anna Brzezińska, to pewnie nie byłyby tak znienawidzoną grupą polityczną). Tyczy się on jedynie serii „Mity”, w której trzy z zaproszonych do tej pory Pań, uważane są za przedstawicielki tegoż właśnie nurtu. Ale do rzeczy. Po raz pierwszy o tej serii usłyszałem, jakieś osiem lat temu, na zajęciach z prof. Bogołębską. Pomysł wydawał mi się kapitalny – najbardziej znani pisarze z całego świata, mają na nowo zinterpretować mity. Z Polaków swoje opowieści przedstawią Olga Tokarczuk i Paweł Huelle (potem doszedł jeszcze Jacek Dukaj). Książki ukażą się na całym świecie. Super!
Min
ęło kilka lat. Seria mimo dobrego początku, prawdopodobnie umarła. Ukazało się tylko sześć książek (pięć beletrystycznych). Wprawdzie Jacek Dukaj, ciągle wspomina w wywiadach powieść dla Znaku, ale nie sądzę aby coś jeszcze z tego cyklu wydano. Zatem po kolei:

„Brzemię” Jeanette WintersonNajgorsza część całego cyklu. Zacznijmy od sztampowego (popkultorowego) przedstawienia bohaterów. Herakles to prostak, opój i kobieciarz. Atlas to niesłusznie skazany, mądry olbrzym. Ich spotkanie zmieni życie jednego i drugiego. Tiaaa.... Nie wiem co brała autorka tej książki, ale scena gdy Herakles zdobywa Troję (sam?) i gwałci księżniczkę, ryje mózg i to naprawdę mocno. Otóż nasz bohater dopada dziewczynę na murach, ta jednak postanawia się zabić i skacze w przepaść. Ale cóż to? Czas zwalnia. Herakles wykorzystuje to (dla niego dziwnym trafem nie zwolnił), obiega fortecę i nadstawia swojego penisa pod spadającą dziewczynę. WTF????
Takich kwiatków znajdziecie kilka. Dodatkowo masa jadu wylana na mężczyzn i przesłanie, że brzemię nałożone na nas przez Los/Boga/bogów/przypadek można spokojnie odrzucić i pójść własną drogą. Książka dobra dla lesbijek, feminazistek i innych dżenderów. Utwierdzą się w swoich wyborach.
Na plus – czasem jest naprawdę zabawna.
Ocena: 3/10

„Anna Inn w grobowcach świata” Olga Tokarczuk

Kto panią skrzywdził Pani Olgo? To był (chyba) pierwszy symptom tego, że z Olgą Tokarczuk dzieje się coś niedobrego. Potem byli „Bieguni”, którzy na chwilę mnie uspokoili, ale zaraz po nich Tokarczuk przywaliła „Prowadź swój pług...” - bełtem frustracji, fobii i zacietrzewienia na tych, których nie koniecznie podnieca dzika przyroda.
Ale wszystko zaczęło się już tutaj. Stary mit bogini stępującej do podziemi i historia jej ocalenia, autorka umiejscawia w cyberpukowym (a może po prostu futurystycznym?) mieście. Świetny pomysł i równie dobre wykonanie! Tylko... czy ten był faktycznie o nienawiści do męskiego rodu? Czy Gilgamesz był sumeryjskim pustakiem-celebrytą? Czy Enu, Enlil i Enki to banda ograniczonych, męskich szowinistycznych świń? Czy każdy facet to tchórz, a tylko kobiety są odważne? Czy to naprawdę źle jeśli mężczyzna nie godzi się na to, aby jego partnerka „puszczała się” z innymi? Z tej książki wynika, że faktycznie tak jest. Nie znajdziecie tam ani jednej pozytywnej męskiej postaci. Za to trudno zarzucić coś kobietom (nawet złą siostrę Anny Inn można zrozumieć).
Naprawdę irytujący jest zaś fragment, w którym służąca bogini odnajduje Matkę Bogów. Pramatka ukryła się daleko poza światem i tu tworzy ludzi idealnych wolnych od wszelkich skaz. Są nimi... weganie, pacyfiści i hippisi. Taaaak...

Dałbym ocenę nieco wyższą gdyby nie posłowie. Olga Tokarczuk ma aspiracje do stawianie pewnych tez z zakresu kulturoznawstwa. Myślę, że swego czasu wychodziło jej nawet całkiem nieźle. Niestety w zakończeniu tej książki, albo stawia olbrzymiego babola, albo wykazuje się niegodnym naukowcowi zaślepieniem. Podsumowując historię autorka analizuje mit o wstąpieniu boga/bogini do świata zmarłych. Pokazuje różne realizacje tego mitu i wskazuje na cenę takiego czynu. Ale, ale... zapomina o jednym bardzo istotnym „micie”! Zapomina o Chrystusie i apokryficznych opowieściach o zejściu do piekieł. Czy faktycznie ktoś taki jak Olga Tokarczuk mógł zapomnieć, o na tyle ważnej i znanej opowieści. Nie sądzę. Sądzę, że autorce zwyczajnie nie pasowało, że to Chrystus (mężczyzna fuj!) wypełnia ową posługę bez układów z „dołem”. Realizuje w pełni to co dopiero zapowiedziało pogaństwo – nie układa się z piekłem, nie jest zmuszony tam zostać i nie musi się za niego ofiarować żaden śmiertelnik. Cóż za wspaniałe uwieńczenie, tego co nie udało się Annie Inn i jej naśladowcom. Najwyraźniej nie dla autorki.Ocena: 4/10


„Penelopiada” Margaret AtwoodZdecydowanie najlepsza z feministycznych książczydeł „Mitów”. Wysmakowana, dobrze napisana, niezbyt odbiegająca od pierwowzoru. Próba spojrzenia na znaną historię z perspektywy bohaterki drugiego planu. Świetna gra konwencją i dużo dobrego humoru. Dobry pomysł z chórem (Tańczące służące w marynarskich strojach! Postmoderna najlepszego sortu). Niby książka ideał, ale... jest tu parę zgrzytów, które nie pozwalają mi wystawić wyższej oceny.
Zastanawia mnie jedno, jak to jest że nawet najwięksi męscy szowiniści potrafią pisać o wszystkim. O wojnach, o historii, o magii, o statkach kosmicznych, nawet o kucykach pony! Co więcej cały ich szowinizm jest wtedy jedynie dodatkiem do powieści. U feministek jest dokładnie na odwrót, za cokolwiek by się nie wzięły, będzie o biednych i znękanych kobietach, które przecież były mądrzejsze, sprytniejsze, uczciwsze, ładniejsze, siln... stop... silniejsze od mężczyzn właśnie nie były. I to był problem, który nie pozwolił się im rozwinąć i pokazać w pełni swoich przymiotów. Niestety „Penelopiada” również cierpi na tę chorobę. Dodatkowo zakażona została bakcylem socjalizmu – biedne służące, które zostają powieszone przez Telemacha, za sekszenie się z zalotnikami, NA PEWNO zostały zgwałcone! No przecież to niemożliwe żeby głupiutka, prosta kobieta „poleciała” na bogatego, młodego i przystojnego mężczyznę! Skądże! Zresztą pani Atwood ma na to dowody i wie lepiej niż znawcy literatury klasycznej. Niestety chyba zapomniała owych dowodów przedstawić w książce. Musimy jej uwierzyć na słowo.

Ciekawy jest za to stosunek Penelopy do Heleny. Mądra i wierna żona Odysa, nie może ścierpieć piękniejszej (choć głupszej) kuzynki. Wszystkie swoje niepowodzenia zrzuca na nią. Oskarża Piękną Helenę o całe zło tamtego świata, a kochających ją mężczyzn traktuje z pogardą. Jakież to... kobiece?
Mimo wszystko warto przeczytać. Choćby po to, żeby zobaczyć jak ideologia może zniszczyć dobrą książkę.
Ocena: 5/10

„Hełm grozy” Wiktor Pielewin

Labirynt jako cyberprzestrzeń? Grupa ludzi uwięziona w pokojach, wobec zagadki niczym z „Cube”? Zamknięty chat jako jedyna forma komunikacji? Sztucznie nadane nicki (pojawia się Ariadna), różne charaktery, środowiska, powiązania. Konieczność współpracy, celem wydostania się z więzienia? Brzmi nieźle! I jest nieźle.
Książka wciąga. Zapis chatu internetowego pochłaniamy naprawdę szybko, wraz z bohaterami układając kolejne puzzle zagadki, w poszukiwaniu Minotaura i Tezeusza, oraz możliwości wyjścia z więzienia. Każdy z nich wydaje się istotny i każdy coś wnosi do prowadzonego „śledztwa”. A potem wszystko wywraca się do góry nogami. I „Hełm grozy” się kończy. Niestety to najpoważniejszy mankament tej książki. Zakończenie nie usatysfakcjonuje chyba nikogo – z jednej strony jego wymowa jest nieco banalna, z drugiej strony pojawiają się kolejne pytania, na które odpowiedzi nie otrzymamy.
Mimo wszystko punkcik więcej niż feministyczna „Penelopiada”. Poziom podobny, ale uczucie irytacji towarzyszyło mi tylko pod koniec.
Ocena: 6/10

„Angus od snów. Celtycki bóg snów” Alexander McCall Smith
Feliks Kres powiedział kiedyś na łódzkim Polconie, że pisarzy dzielimy na dwie grupy. Takich, którzy o mrożącej krew w żyłach wyprawie, do amazońskiej dżungli opowiedzą ci tak, że zaśniesz z nudów i takich, którzy historią o wakacjach w Juracie i przesypującym się na plaży piasku zaskarbią sobie grono wiernych fanów. Szkot, Alexander McCall Smith należy do tej drugiej grupy. Nie ma w jego książce nic, ale to nic odkrywczego. Czyta się ją jednak jak wspaniałą gawędę. Jakbyśmy w środku zimy siedzieli przy ciepłym kominku z butelką grzanego wina, a jakiś stary gawędziarz snuł historie o bogach i ludziach.
Książka dzieli się na dwie części. Klasycznie opisany (nieco przypominający baśń) mit o bogu snów i miłości oraz kilka opowiadań z kategorii „o życiu”. We wszystkich z nich pojawia się tytułowy Angus. Postać to bardzo ciekawa i barwna (taka lepsza wersja Lokiego, jednak pełna tricksterowego uroku), choć może nieco sztampowa. Zresztą nie ma się co oszukiwać, książka nie odsłoni przed nami nowych horyzontów, nie pokaże nam nieznanych prawd czy światów wymykających się ludzkiemu poznaniu. Być może jednak sprawi, że pogodzimy się z czymś co uwiera tu i teraz. Dla mnie najpiękniejsza jest opowieść o świni i płynąca z niej nauka, że choć miłość do zwierząt dobrze świadczy o człowieku, to jednak uczucie do drugiej osoby powinno zawsze stać wyżej.

Najlepsza część serii „Mity”.
Ocena: 7/10

You Might Also Like

0 komentarze: