O dobrej („Igrzyska śmierci”) i złej („Bel-ami”) ekranizacji cz. 1

08:45 Igor Banaszczyk 0 Comments

O dobrej („Igrzyska śmierci”) i złej („Bel-ami”) ekranizacjiNie jestem filmoznawcą, nie jestem kulturoznawcą, nie wiem jakie są zasady adaptacji filmowych, co rozpatruje się przy takich recenzjach porównawczych. Za to, jestem widzem – najzwyczajniej w świecie wiem co mi się podoba, a co nie. Jeśli zatem miałbym wyrazić to w jak najkrótszych słowach, powiem tak, żądam od filmu aby oddał ducha książki. Nie interesuje mnie, że główny bohater miał w książce oczy błękitne, a w filmie czarne, jestem w stanie zaakceptować nawet zmianę płci, czy zupełne pominięcie, którejś z postaci, jeśli film jest książce wierny klimatem. Do szewskiej pasji doprowadzają mnie komentarze w stylu: „Łeeeeee Hermiona ma nie taką sukienkę 1/10”, „Katniss taka okrągła na buzi? Do dupy” czy „Jak Wołodyjowski walczył z Bohunem to nie było żadnego stawu!”. Chcesz drogi krytykancie idealnej wierności pierwowzorowi? To sięgnij po pierwowzór i nie zawracaj gitary.
Nie interesują mnie teraz ekranizacje genialne, bijące na głowę swój literacki odpowiednik (jak choćby „Dziecko Rosemary”) czy gnioty tak niesamowite, że pragniemy zapomnieć o nich jak najszybciej. Jedne i drugie wykraczają daleko poza proste odwzorowanie ducha oryginału. Mnie zaś interesuje przeniesienie na ekran papierowych idei. Zacznijmy zatem od słabego filmu, jakim bez wątpienia był „Bel-ami” z Robertem Pattinsonem.
Muszę przyznać, że całkiem podobały mi się zdjęcia i muzyka. Role kobiece były też niezłe (a niektóre naprawdę dobre), Pattinson zagrał na dwóch minach, ale nie spodziewałem się więcej, pozostali mężczyźni nie przeszkadzali. Niby dobrze, ale... Przez cały film coś mi się nie kleiło. Nie byłem w stanie stwierdzić co, dopóki po napisach końcowych nie zobaczyłem zdania „Na podstawie powieści G. Maupassanta”. Że co??? - pomyślałem sobie (film wyświetlany był pod tytułem „Uwodziciel”). Nieco zniesmaczony, lecz zaciekawiony sięgnąłem po literacki pierwowzór i... przeczytałem jedną z najlepszych książek w moim życiu. Niesamowicie przekonującą analizę zła, pozbawioną pierwiastka nadprzyrodzonego, ale tak boleśnie trafną, że nie mogłem przejść wokół niej obojętnie. Teodyceę maluczkich1 osadzoną w barwnych realiach Paryża połowy XIX wieku (poprawcie mnie jeśli się mylę). Mega kop w moralność konformistycznego ateisty i słabość katolików. Dzieło totalne, nad którym mogę rozpływać się godzinami. A co widziałem na ekranie? Romans. Pieprzony romans.
A teraz najlepsze – zmian w fabule były naprawdę niewielkie! Ot wycięto jedną postać, kilka scen, bohater wtłukł innej babie niż w książce. Niby nic prawda? A jednak wiele. Zatem po kolei.
Już w pierwszych scenach mamy zgrzyt. Duroy wychodzi ze swej nędznej izdebki, by odwiedzić pobliski tani burdelik, a w tle widzimy... kościół Sacre Coeur! Ujęcie jest zupełnie niepotrzebne, ale sygnalizuje drogi widzu, że reżyser ma Cię za debila. Założył bowiem, iż nie wiesz, że akcja rozgrywa się w Paryżu, więc trzeba Ci machnąć taki mały landmark. Bo jeszcze gotowyś pomyśleć, że to jakiś Nowy Jork albo Tokio. Do tego zapewne nie połapiesz się, że ten biały ładny kościółek zbudowano jakieś... pięćdziesiąt lat później. No ale nic to, taki drobiażdżek lecimy dalej. Przyjęcie u pani Forestier, gadka o polityce i nagle nowoczesna dama, wyjeżdża z krytyką francuskiej polityki kolonialnej (przypominam mamy połowę XIX wieku). No gdyby ona jeszcze, tak jak Maupassant, objeżdżała nieudolność ówczesnej administracji, próbę kierowania Marokiem zza biurka, brak horyzontów itp. Gdzie tam! Ona jedzie po całej idei kolonializmu, no jakim prawem Francja narzuca tym biednym marokańczykom zwierzchnictwo! POŁOWA XIXegoWIEKU! Kipplinga nie ma jeszcze w planach u bocianów! Ale to przecież tylko drobiażdżek. Dalej. Dzielny Duroy zabiera do podrzędnej karczmy swą ukochaną Klotyldę. I co? Nagle z kąta wyskakuje tania dziwka, którą bohater ochoczo posuwał na początku i robi mu scenę zazdrości! No to już, nie był drobiażdżek, a wielkie WTF? I tu posłużymy się literackim pierwowzorem, żeby pokazać w jaki sposób ekranizowano tę wspaniałą powieść. Otóż w książce owa prostytutka, nie była jednorazową przygodą głównego bohatera, a stałą utrzymanką, która pod koniec znajomości przestała w ogóle brać od niego pieniądze. Co więcej gdy Duroy z Klotyldą wchodzą do kabaretu (a nie jakiejś karczmy), prostytutka nie ma żalu, w głębi ducha cieszy się, że Duroyowi się udało. Gdy Klotylda odwraca głowę, dziewczyna przesyła głównemu bohaterowi dyskretne pozdrowienia. Jednak nasz początkujący dziennikarzyna, uważa się za kogoś lepszego i zwyczajnie „olewa” panienkę lekkich obyczajów, udając że jej nie widzi. I dopiero to sprawia, że kobieta odstawia mu scenę zazdrości. Widzicie różnicę?
Takich drobnych niuansików jest jeszcze sporo (jak choćby debilne zatrzaśnięcie drzwi przed nosem Zuzanny Rousset), giną niektóre istotne momenty (kapitalna scena madamme Rousset widzącej Duroya w twarzy Chrystusa!), wypadają istotne postacie itd. To jednak nadal nic, film cały czas miał szansę stać się przyzwoitą ekranizacją. Ale docieramy do punktu kulminacyjnego. I tutaj wszystko się rozjeżdża. Gdy Duroy wykrzykuje w twarz Klotyldzie, że pochodzi z biednej rodziny, a jego ciężko harujący ojciec oddawał wszystkie pieniądze na kościół, ja odpadam. To jest gwałt na książce. Zupełne zaprzeczenie tego co przekazać chciał Maupassant. Mniej więcej w połowie powieści literacki Duroy i pani Forestier jadą na wieś do rodziców dziennikarza. Przepaść mentalna jest olbrzymia, ale... rodziciele głównego bohatera nie cierpią biedy! Dzierżawią szynk, pracują i nie narzekają na utrzymanie. Ojciec wydaje się osobą pogodną, rubaszną, nieco prostacką, ale z pewnością nie jest bigotem. I tu jest ukryte clue powieści! Ateizm Duroya nie wziął się z niezgody na niesprawiedliwość społeczną, jego złe czyny to nie odwet na sfeudalizowanym społeczeństwie. Duroyem kieruje żądza posiadania. Chce więcej i więcej. Z drugiej zaś strony jest człowiekiem prostym i nieskomplikowanym. Nie widzi namacalnego Boga więc w niego nie wierzy. W końcowej porażającej scenie ślubu, Duroy dochodzi do wniosku, że być może istnieje absolut, bo... skoro upiekło mu się, tyle podłych czynów, to ktoś musi nad nim czuwać! Nie zobaczymy tego jednak na kinowym ekranie. Tam po prostackiej antyfeudalnej retoryce i dennej próbie usprawiedliwienia głównego bohatera, film znów wpada w ton romansu. Obecna na jego ślubie pani Forestier, to ostatnie większe sprzeniewierzenie się duchowi oryginału. Gorzej już być nie może.
„Uwodziciel” mógł stać się poprawną, a może nawet dobrą ekranizacją genialnej powieści. Autor scenariusza jednak, albo nie przeczytał, albo nie wyciągnął wniosków z powieści. Zgubiła go żądza bycia lepszym od wielkiego francuskiego literata.
(W następnym wpisie postaram się pokazać, moim zdaniem dobrą ekranizację prozy).






1Określenie z „Katedry” Jacka Dukaja.

You Might Also Like

0 komentarze: