Biedny leming patrzy na Marsz

09:26 Igor Banaszczyk 0 Comments

Biedny leming patrzy na Marsz

„Nosz kurwa, co za kraj!” myśli Janusz patrząc na swą uczernioną dłoń. Poręcz autobusu, którą właśnie puścił, pokryta była grubą warstwą brudu. „Wiadomo po kim to? Jeszcze jakiegoś syfa złapię”. Wyciera rękę w chusteczkę higieniczną i walczą z odrazą wrzuca zużyty papier do kosza. Potem wzdycha. Dzień nie jest pogodny, w końcu to listopad. Odwraca się w stronę okna nie chcąc patrzeć na smutne twarze, otaczających go smutnych pasażerów. Właśnie mijają olbrzymią, kolorową reklamę przedstawiającą grupę roześmianych ludzi. Musiały pęknąć jakieś linki u góry, bo barwna płachta przekrzywiła się w prawą stronę i w tytule widać jedynie W...HORE. Janusz przez jakiś czas próbuje dopasować tę nazwę do jakiejś znanej mu marki odzieżowej, wreszcie jednak kapituluje.
- A to pani widziała? - z zamyślenia wyrywa go głos staruszki komentującej kolorową reklamę.
- A niech mi pani da spokój – zapytana macha ręką, wyraźnie rozdrażniona – Gzić się będą przed kamerami, co to się wyrabia. I jeszcze te mordy tu powiesili.
„Jebane mochery” myśli Janusz, krzywiąc się nieznacznie „Nic im kurwa nie pasuje. Wszystko by chcieli szare, brzydkie i do dupy. A reklama fajna. Wreszcie coś nowego na tym zadupiu”.
Niestety autobus wjeżdża w szarą ulicę i Janusza dopada fala przygnębienia. Święto, a on musiał do korpo. No, niby nie musiał, ale jak to tak, skoro project manager prosiła. „Tylko na godzinkę, kurwa twoja mać. A potem godzinka, zamieniła się w cztery”. I nie ma co liczyć na odbiór przepracowanych godzin, wszyscy przecież powiedzieli, że przyjechali bo w domu i tak nie mają co robić. To się nie będzie wyłamywał. „Chociaż za oglądanie ryja tego babsztyla powinni mi jeszcze dopłacić”. Wzdycha, kręcąc głową, gdy mijają reklamę nowego serialu z zachodniej stacji. Janusz doskonale zdaje sobie sprawę, że filmowa fikcja niewiele ma wspólnego z pracą w korpo .Romanse nawet jeśli się zdarzają, są nudne, z kobietami szarymi i niepozornymi. „Skąd oni biorą takie sztunie?” myśli patrząc na znikający za rogiem billboard. Na wspomnienie koleżanek z pracy robi mu się niedobrze. Jak nie stare, to brzydkie. Jak nie brzydkie, to źle ubrane. Jak dobrze ubrane, to płaskie. Jedna Eliza z marketingu wiosny nie czyni. „Zresztą to ponoć lesba” myśli, by po chwili się skarcić „Homoseksualistka! Jak to człowiek, szybko podłapuje te stygmatyzujące określenia, brunatnych homofobów. Trzeba będzie porozmawiać o tym z psychologiem” postanawia.
Autobus właśnie dojeżdża do odpowiedniego przystanku. Janusz wytacza się wraz z tłumem na zewnątrz. Sprawdza czy nic nie zginęło z teczki, poprawia wygniecioną dyplomatkę i rusza na dworzec. „Ja pierdolę, ile bydła! Nazjeżdża się tych słoików i weź ich znoś! Jak w tym mieście ma być dobrze?”. Niestety eskaemka do Pruszkowa jeździ według niedzielnego rozkładu. „Kurwa jego mać” klnie w duchu”zachciało się cebulactwu świąt. Na Zachodzie się z nas śmieją, tam się pracuje, a nie to co w cebulandii. Nie, nie nie można się denerwować głupotą innych”. Janusz zamyka oczy i przy pomocy kilku antystresowych technika, stara się przywołać spokój. Postanawia pomyśleć o czymś przyjemnym i wtedy przychodzi mu do głowy żeby pójść do Marzeny. Może nawet zostać na noc i pospać trochę dłużej? Humor mu się poprawia. Sięga po telefon i wybiera numer dziewczyny. Przez kilka sekund odsłuchuje jakiś najnowszy klubowy hit, którego nazwy nie pamięta. Marzena jest zaskoczona, ale zgadza się bez chwili wahania.
- Lubię takie wiesz, spontaniczne, romantyczne pomysły – stwierdza na koniec.
Janusz uśmiecha się pod nosem. „Jaka ona sentymentalna” myśli wchodząc do monopolowego. Z pogardą zerka na półkę z Żywcem i Tyskim, sięgając po czteropak „Somersby”. To dla Marzeny, sam zamierza wziąć Coronę, ale powstrzymuje się w ostatniej chwili. Lada dzień wypłata, można się rzucić na coś lepszego. Wybiera butelkę Grant'sa. Wychodzi ze sklepu. Brudne szare miasto, rozłożone pod ołowianym niebem, wita go podmuchem zimnego wiatru. Janusz stawia kołnierz dyplomatki i rusza przed siebie.
Gdy wchodzi do klatki schodowej, czuje że dobry nastrój został w monopolowym. Nawet Marzena wydaje mu się dziś nijaka. Dostrzega jej naprędce i niedokładnie położony makijaż, drobną siateczkę zmarszczek wokół oczu. „Starzeje się. Nie ma na to rady” myśli całując dziewczynę. Siadają do obiadu. Marzena jest przeszczęśliwa, trajkocze o jakiś głupstwach, sprawiając że Janusz ma ochotę wyjść.
- Dobre spaghetti – mówi przełykając gumowatą kluskę – Sama robiłaś?
- Daj spokój. Komu by się chciało? - kobieta macha ręką od niechcenia – Znalazłam taki nowy sos w delikatesach. Smaczny prawda? W tej nowej galerii, co otworzyli...
„Boże, czy ona musi tyle mówić?” Janusz czuje, że oszaleje jeśli nie przerwie tego słowotoku. Wstaje nagle od stołu gwałtownie odsuwając talerz. Marzena milknie, wbijając w niego przestraszone spojrzenie. Janusz zbliża się do niej i całuje dziewczynę, chwytając za brodę.
Kochają się potem przez kilkanaście minut. Przed oczyma Janusza przesuwają się sceny z ostatnio obejrzanego pornola. Trzech mężczyzn gwałcących dziewczynkę w jakimś brudnym zaułku. Marzena ma na włosach taką samą różową gumkę. Zaciska dłoń, na jej warkoczu. Na całe szczęście szczytuje kilka chwil później i obrazy brutalnego gwałtu znikają. Odpadają od siebie. Janusz zasypia.
Gdy się budzi, dziewczyny nie ma obok. Siedzi przy komputerze. Z opartej na stoliku stopy obcina zrogowaciały naskórek, co chwila zerkając na monitor.
- Podpalili tęczę – mówi widząc, że Janusz otworzył oczy.
- Kto taki?
- No oni – Marzena wykonuje bliżej nieokreślony ruch głową.
Wtedy Janusz dostrzega jakieś światła za oknami. Wstaje. Przechodząc obok stołu sięga po butelkę whisky. Nalewa sobie odrobinę, zakłada szlafrok i podchodzi do drzwi balkonowych.
- Gdzie są flagi! - rozlega się zza okien ryk tysięcy gardeł.
- Wywiesiłaś flagę? - pyta nieco zdezorientowany.
- A po co? - dziewczyna wzrusza ramionami – Nie ma potrzeby się tak uzewnętrzniać ze swoim patriotyzmem. To prywatna sprawa każdego.
Janusz uśmiecha się i machinalnie sięga do klamki. Dziewczyna spogląda na niego zaskoczona. Mężczyzna chce się cofnąć, ale wyglądałoby to jakoś głupio.
- Zerknę na chwilę, co robi cebulactwo – mówi do Marzeny i wychodzi na balkon.
Janusz nie wierzy w pamięć pokoleniową. W „Charakterach” napisali, że to nienaukowe bzdety. Zatem to niemożliwe, żeby ten nagły podziw dla przechodzącej pod oknami demonstracji, jaki dopada go na zewnątrz, był odziedziczony po poległym w powstaniu dziadku. To z pewnością reakcja organizmu na listopadowe zimno. Nie da się jednak ukryć, że Janusz czuje nagły przypływ emocji. Podziw jednak szybko przechodzi w rozdrażnienie. „Przecież to zwykli wandale!”
Widzi jak grupa zamaskowanych kibiców rzuca race w stronę ustawionych w szeregu policjantów. Sylwetki kiboli przypominają ciemne zygzaki. Gdzieś dalej biją w niego kłęby czarnego dymu. Pod nim zaś morze biało-czerwonych flag, poprzetykanych jakimiś symbolami, których mężczyzna nie rozpoznaje. Wszystko zaś tonie w zalewie czerwonego łuny i błękitnych błysków policyjnych syren.
- Pierdolone bydło – mruczy pod nosem, ale wie, że wiązka przekleństw z pewnością go nie uspokoi. Nie będzie mógł spać tej nocy to pewne.
- Jebać, jebać, jebać... TVN!!!! - skanduje tłum.
Janusz dopija whisky.

You Might Also Like

0 komentarze: