Memento mori

10:47 Igor Banaszczyk 3 Comments

Poza wymienionymi niżej okolicznościami, do napisania tej notki zainspirowała mnie również ta piosenka.


Jest w mocno przereklamowanym "Stowarzyszeniu umarłych poetów" jedna naprawdę dobra scena. To ta, w której John Keating ustawia swych uczniów przed zdjęciami absolwentów szkoły i szepce "Memento mori". Czasami czuję się jak taki uczeń.
Praca w bibliotece to dobra praca. To znaczy na dom z niej nie odłożysz, ale masz ciszę, spokój, na głowę nie leci. Czasem tylko trafi ci się jakiś irytujący czytelnik albo pani z działu katalogowania, z którą trzeba będzie toczyć boje o kropkę w polu 510. Takie życie. Mimo wszystko jest miło. Do tego przez Twoje ręce przechodzi mnóstwo książek. Różnych, w zależności od specyfiki placówki. Na tę chwilę, trafiają do mnie druki sprzed mniej więcej stu/dwustu lat (czasem starsze). Najczęściej są to niewielkie książeczki, wydawane na koszt autora, o niskich nakładach i dość hermetycznej tematyce. Tak się jednak składa, że często mówią o swoich autorach znacznie więcej, niż te wielkie i znane dzieła. Przeglądam każdą z nich i czuję na karku dreszcze. Ci wszyscy ludzie są od dawna martwi. Co zostało z ich planów, marzeń, spraw które uznawali za ważne i istotne? Te kilka czy kilkanaście zadrukowanych kart, do których sięgają już tylko historycy? Kim tak naprawdę byli? Czy pisali szczerze czy na czyjeś zamówienie? A może... może nigdy nie istnieli?
***
Ksiądz Bieroński zaciera ręce. Zima tego roku jest sroga. Wygląda przez okno - zasypany śniegiem plac upstrzony jest brunatnymi i czarnymi plamami mundurów. Tu i ówdzie błyska biały krzyż. Nie ma wrażenia chaosu i bałaganu - przechodzące roty poruszają się w ustalonym porządku, warty krążą zgodnie z ustalonym harmonogramem. Jednak dobry nastrój księdza mija. Samowar coś długo nagrzewa wodę, a tam przecież czekają. Jenerałowie i adiutanci i cała reszta. Szybciej... szybciej... Dopada go jakieś zniechęcenie. A jeśli to wszystko... bez sensu? Jeśli... Raz jeszcze wygląda przez okno.
***
Ojciec Krystyn Szykowski drży. To nie zimno ciągnące od ziemi w tę ponurą jesienną noc. Zakonnik drży ze strachu. Unosi głowę ponad linię traw - w dole liczne ogniska rozświetlają mrok. Czasem przemknie między nimi sylwetka w wysokiej futrzanej czapie. Słychać pokrzykiwania w jakimś gardłowym nieludzkim języku. Czasem rozlega się płacz. Ojciec Krystyn żegna się nabożnie. To nie Tatarów się boi, o nie! Obok zakonnika pojawia się młody chłopak. "Długo jeszcze?" szepce. Z prawej łyska jasna twarz, odcinająca się od czarniejszego niż mrok nocy chałatu. To Icek z kahału. Też poszedł i choć niektórzy się krzywili ojciec Krystyn nie bronił. O nich to właśnie się lęka. O nich i o dziesiątki innych, którzy właśnie gdzieś w ciemnościach zajmują pozycje. A jeśli Bóg nie da zwycięstwa? Zakonnik raz jeszcze podnosi głowę.
***
W porcie Manilii ojciec Wojciech Męciński wchodzi na pokład statku...
***
Huk straszliwy rozbrzmiewa w ciemnej celi. Ksiądz Jacek Jabłoński przerażony podskakuje na stołku. To tylko okno uderzone podmuchem zimowego wichru otwarło się, zderzając się ze ścianą. Ksiądz podkasuje habit i biegnie w stronę okiennicy. Przez chwilę mocuje się z szalejącą nawałnicą, by wreszcie zatrzasnąć zawiasy. Nim to jednak uczyni, na chwilę tylko zerknie na zewnątrz. Nie ujrzy nic. Ani sosen, ani gołoborzy, ani górskich grzbietów, ani nawet pobliskich miasteczek. Tylko białą zasłonę z mgły. Przeżegna się jeszcze, szczerze przerażony i wróci do pisania.
***
Jan Władziński ma pięć lat i jest jeszcze Jankiem. Wbiega właśnie na podwórko i z miejsca traci dobry humor. Jula jego wesoła przyjaciółka stoi ze spuszczoną głową przed wejściem do swojego niewielkiego domu. Janek pojmuje wszystko w jednej chwili - nie udało się wynegocjować spłaty długu. Rodzice Juli wynoszą sprzęty na zewnątrz. Obok wysoki i gruby żyd gładzi brodę i kiwając co i rusz głową ogląda fasadę domu. Słońce na jedną chwilę wychodzi zza chmur i oświetla długi chałat, warkocze Julki, rozdartą poduszkę, uciekającą kurę i niewielki ganek. Janek zaciska pięści i schyla się po kamień.
***
- Spisalibyśta te piosnki, Waśko! - przekrzykuje weselną orkiestrę starosta - Wyśta przeca batko! Szkołyśta konczyli!
Ksiądz Iwan Mohylnicki kiwa głową, ale myśli o czymś innym. Patrzy na tańczące pary i wątpi. "A może nie trza było iść w biskupy?". Wzdycha w myślach i odwraca się do starosty. Ale starosty już nie ma. Jest tylko rozedrgana tańcem, buchająca gorącym letnim powietrzem weselna sala. A piosnki? Piosnki świdrują powietrze głośnymi, dobitnymi dźwiękami. Iwan macha ręką. Pomyśli o nich jutro.
***
Inny ksiądz, prawie trzysta lat wcześniej, na innej weselnej sali wiruje w tańcu z młodziutką dziewczyną. Jej duże piersi, które aksamitna suknia zdaje się z trudem utrzymywać, raz po raz zderzają się z księdzowym torsem. Dziewczyna rozrzuca ręce, gdy ksiądz chwyta ją pod boki. Odchyla głowę i śmieje się w głos, w szesnastą wiosnę swojego krótkiego beztroskiego życia. Stanisław Orzechowski unosi ją prawie pod powałę i wtóruje w pełnym szczęścia, czystym śmiechu.
***
Ludzie spacerujący po ruinach. Opuszczone głowy i ramiona. Cisza. Tylko gdzieś od strony rzeki rechoczą żaby - jakby naigrywały się z ich ludzkiej bezsilności. Zapadł się dach, zarwały piętra, wnętrze kościoła do cna wypalone. Ileż pieniędzy, trzeba będzie, żeby ich klasztor znowu podźwignąć wzwyż. A jeśli pieniędzy nie stanie? Co wtedy? Może jeszcze jakiś żydowin ruinę kupi? Pozwoliłby na to dobry Bóg? Oczy wszystkich zwracają się ku księdzu. Ten zaś odwrócony plecami do lutomierskich zabudowań patrzy w stronę szosy na Łódź. Od rozlewisk Neru słychać cmokanie linów...

Wszyscy oni już dawno nie żyją. Zginęły ich plany, marzenia i myśli. Może niektórym udało się przekuć je w coś realnego, namacalnego. Niektórzy dorobili się kilkudziesięciu zdań w internetowej encyklopedii. O innych nie wiadomo nic ponad to, co napisali. "Memento mori, memento mori" szepczą do mnie z pożółkłych stron książek. Memento mori.

You Might Also Like

3 komentarze: