„Sala samobójców” jedzie na Alaskę [SPOJLERY]

15:33 Igor Banaszczyk 2 Comments

„Sala samobójców” jedzie na Alaskę

„Wolność to możliwość wyboru kajdan – nic ponadto”. To najmądrzejsze zdanie, jakie wypowiedziałem w życiu. Nie mam co do tego wątpliwości i nie sądzę, żebym kiedyś powiedział coś mądrzejszego. Każda sekunda, każdy kamyczek lawiny życia utwierdzają mnie w przekonaniu o prawdziwości tej sentencji. Film „Into the wild” jest również takim kamieniem.
Nigdy nie jarałem się przyrodą. Drzewo będzie dla mnie drzewem, zwierzę zwierzęciem, robak robakiem. Nie widzę w nich mniejszych braci, dzieci Gai czy istot będących równymi nam fragmentami boskiego świata. Święcie wierzę w wyjątkowość człowieka – dlatego spodziewałem się, że dzieło Seana Beana będzie mnie drażnić. Na całe szczęście tak się nie stało. Powiem więcej ten film powinien drażnić każdego „ekologa” pieprzącego kocopołki o życiu w zgodzie z naturą. Zamiast wzdychać nad pięknem krajobrazów, tacy osobnicy powinni wyć ze zgryzoty bo oto reżyser pokazuje im ich hipokryzję – miast siedzieć na dupkach w ciepłych domkach, powinniście ruszyć do natury i zacząć wreszcie żyć z nią w zgodzie. Boicie się śmierci? Ojej jakże mi przykro, jesteście słabi i zakłamani.
Tak, tak proszę państwa główny bohater zrealizował to o czym „ekologiczne” mądre głowy jedynie piszą. Odrzucił cywilizację i ruszył w głąb Alaski. Żył w zgodzie także z samym sobą, bez pieniędzy, innych ludzi i problemów współczesnego świata. Zostawił za sobą rodzinę i bliskich – raniąc ich i pozostawiając w bólu. Straszne? Skądże znowu. Przecież każdy kto wierzy, w to że „natura” jest dobrem a „kultura” złem powinien uczynić to bez chwili wahania. Moralność? Jaka moralność, jesteśmy przecież „losowo podrygującymi worami mięsa” jak mawia mój znajomy o takich ludziach.
Doprawdy im dłużej myślę o głównym bohaterze tym bardziej staję po jego stronie. Nie, nie uważam żeby miał rację. Pomylił się od początku do końca, ale jego wybór i jego ucieczka – były jedyną możliwą pozostania wiernym ideałom w jakie wierzył. Zgubiła go pycha, wiara w samego siebie i w to, że natura może choć przez chwilę być nam przyjazną.
W tym wszystkim główny bohater przypomina mi Dominika z „Sali samobójców”. Obaj są rozczarowani zakłamanym społeczeństwem, obaj nie dogadują się ze swoimi rodzinami, obaj szukają ucieczki i prawdy o życiu. Christopher szuka jej w wolności i chce zmierzyć się z samym sobą pośród dzikiej przyrody. Dominik pragnie miłości, a sceną jego walki nie jest natura lecz rzeczywistość wirtualna. I jeden i drugi za swój wybór zapłaci najwyższą cenę, ale też w ostatniej chwili swego życia zrozumie swój błąd.
Dość jednak tych rozważań. Spójrzmy na film nieco chłodniejszym okiem. Nie jest genialnie, nie jest też źle. Przede wszystkim jest za długo i niespójnie. Wolałbym obejrzeć film podróży przez Stany, zakończony wyjściem na Alaskę i przeczytaniem całej reszty z napisów końcowych, lub poznać życie Christophera/Alexandra w przeciągu 15 minut, a przez resztą filmu obserwować nieme zmagania z wrogą naturą. Dostałem coś co leży mniej więcej pośrodku. Co więcej mnóstwo mądrych myśli, przeplatanych ckliwymi banałami. Mimo to film ogląda się przyjemnie i bez wątpienia jest to dzieło udane.
Czy mógłbym być taki jak główny bohater? Wprawdzie szanuję, jego wybór życia w zgodzie z tym co wierzył, ale ja wierzę w „kulturę”. Jeśli już miałbym wybierać, wolałbym „Stalkera” uciekającego od żony i córki w świat Strefy, albo nawet tego zniewieściałego Dominika szukającego szczęścia w rzeczywistości wirtualnej. Zawsze lepiej tam, gdzie swe piętno odcisnęła ludzka ręka. I bez wątpienia nie przepuściłbym tej pięknej szesnastoletniej hipisce ;)

Moja ocena: 7/10

You Might Also Like

2 komentarze: