Schyłek lata - fanfik "Igrzysk śmierci" ;)

03:47 Igor Banaszczyk 7 Comments

"Obroża" którą obecnie piszę została na laptopie, a nie chce mi się pisać kolejnych fragmentów bez całości pod ręką. Dlatego żeby nie wypaść z formy postanowiłem napisać w międzyczasie coś krótszego. Przyszło mi na myśl zrobienie fanfika z IŚ w stylu "Panien z Wilka" Iwaszkiewicza. Oczywiście do poziomu prozy patrona mojej podstawówki nawet się nie zbliżyłem. Ale chciałem zachować melancholijny klimat i myśl, że po wielu latach nie ma powrotu do wspomnień. 
Jakby ktoś nie wiedział co to fanfik można znaleźć definicje na wiki ;)



Schyłek lata

Sam do końca nie wiedział dlaczego tam pojechał. Starał się składać to spotkanie na karb zwykłego ludzkiego przypadku, ale coś głęboko w podświadomości mówiło mu, że tak naprawdę chciał ją odwiedzić. Były w jego życiu samotne wieczory w Kapitolu, w Trzynastce, podczas walk z rewizjonistami czy w czasie licznych podróży po świecie gdy niewiele już brakowało aby sięgnął po telefon i zadzwonił. Zawsze jednak cos kazało mu zwlekać. Najbliżej był jakieś dziesięć lat temu, podczas owej ciężkiej zimy, gdy stolica znów spłynęła krwią. Zupełnie nieprzygotowani, na to co się działo, odcięci od reszty regularnego wojska, bronili się zaciekle w jednej ze starych arystokratycznych willi. Miał szczęście bo walczyli z jakąś zbieraniną zwolenników dawnego porządku. Gdyby trafił na oddział rewizjonistów, pewnie zakończyłby swój żywot właśnie tam. A tak co dzień odpierali kolejne szturmy, aż do przybycia odsieczy. Był jednak taki moment, kiedy zaczęła się kończyć amunicja, a jego żołnierze poczęli coś przebąkiwać o kapitulacji. Wtedy poważnie się zawahał.
Pamiętał, że naszło go to o świcie. Podszedł do okna i spojrzał przed siebie – zima szeroko rozłożyła się na ruinach okolicznych domów. Wszystko było na poły realne, gruba warstwa białego puchu, sprawiała że potrzaskane konstrukcje willi przypominały raczej treningowe makiety. I tylko kilka ciał, nie wiedział czy swoich czy wrogów, ciemnych przecinków na białej karcie kapitolińskich łąk przypominało o co tak naprawdę toczy się gra. Wciągnął powietrze – było ostre i zimne, drapało w płuca, ale przywracało trzeźwość myślenia. Przez chwilę rachował w myślach ich szanse, lecz szybko zaprzestał. Nie było nad czym myśleć, wytrzymają jeszcze dwa, góra trzy dni. Potem? Cóż, zwykli żołnierze mogli liczyć na zachowanie życia, co do siebie nie miał złudzeń. Jeśli rewizjoniści zwyciężą śmierć będzie długa i bolesna. W końcu zasłużył sobie na ich nienawiść. Uniósł do oczu lornetkę i długo sondował pozycje nieprzyjaciół. „Głupcy” przemknęło mu przez myśl „Wystarczyłby jeden snajper, aby wpakować mi teraz kulkę”. Oni tymczasem nawet nie wystawili wart. Albo faktycznie byli głupi, albo tak pewni siebie. Odwrócił się od okna i jego wzrok padł na staroświecki aparat telefoniczny leżący w kącie pokoju. Rewizjoniści pierwszego dnia walk zniszczyli łączność w samej stolicy i przerwali połączenia z Trzynastką. O dziwo jednak przetrwały stare konwencjonalne metody. Zmrożona ziemia sprawiła, że głęboko wkopane kable telefoniczne ostały się całe. Na niewiele się to przydało armii, bo w ten sposób kontaktowano się już tylko z wiejskimi obszarami, pomniejszych dystryktów, ale… właśnie wtedy pomyślał że mógłby zadzwonić do niej. Później wyrzucał sobie, że nie myślał o żonie i dzieciach, ale faktycznie w tamtej kryzysowej brał pod uwagę tylko ją. Obracał ten pomysł w głowie po kilka razy. Rozważał różne warianty rozmowy poczynając od tego, ze kobieta rozłączy się gdy tylko usłyszy jego głos. Zrobił dwa kroki w kierunku aparatu. Coś jednak go powstrzymało. Tak jakby przeczuł, ze los jednak da mu jeszcze szansę, że to jeszcze nie pora, że może za wcześnie. Przeniósł wzrok, na leżących pokotem żołnierzy - spali wykorzystując krótką chwilę wytchnienia, pomiędzy jednym a drugim szturmem na willę. Głodni, brudni, nieogoleni, w zniszczonych już mundurach. Dowodził nimi, a to z kolei wymagało odpowiedzialności. Odpowiedzialność… Ona tak często o niej mówiła. Chyba właśnie dlatego zrezygnował z kontaktu. Nie było sensu, wciągać ją do spraw od których tam bardzo pragnęła uciec. Schylił się i zbudził adiutanta:
- Wybierz kilku pewnych żołnierzy – powiedział – Zapolujemy.
- Na co? – podwładny przecierał oczy.
- Na ludzi – odpowiedział i uśmiechnął się złowieszczo.
To było jednak dziesięć lat temu. Teraz zaś był wrzesień, on w stopniu generała wizytował jakąś nic nie znaczącą jednostkę wewnątrz kraju. Uciekł szybko od obowiązków. Zrzucił mundur jak uwiercający kokon i kazał sobie siodłać konia. Włożył surdut i wysoki kapelusz – trochę śmieszyła go ta przebieranka, ale takie były ustalenia Plutarcha. Zresztą musiał mu przyznać zupełną słuszność – dla mieszkańców Kapitolu ekstrawagancka, wykraczająca poza granice dobrego smaku moda była czymś naprawdę istotnym. Próba narzucenia im, szarych jednolitych uniformów Trzynastki, mogła się skończyć buntem. Mogli im odebrać prezydenta, władzę, zmusić do pracy, zreorganizować struktury całe znanego im świata i nikt nie odezwał się nawet słowem. Ale kazać chodzić w TAKICH SAMYCH bezbarwnych strojach? O nie, to by nigdy nie przeszło. Na szczęście Plutarch okazał się człowiekiem przewidującym – w archiwach Kapitolu odnalazł stare materiały dotyczące czasów sprzed powstania Panem. Na ich podstawie opracował modę i styl zachowania jaki następnie media spróbowały narzucić obywatelom. Nazwano go neowiktorianizmem. Najlepiej przyjął się w dumnym Kapitolu, którego mieszkańcy nadal uważali się za arystokrację. Świadomość, że szyte na miarę surduty, długie płaszcze, kapelusze, gorsety i krynolinowe suknie nosili szlachetnie urodzeni kilka wieków temu, sprzyjała popularności tego rodzaju strojów. Zresztą nie skończyło się tylko na modzie - z pewnym zaskoczeniem nowi władcy obserwowali powozy i samotnych jeźdźców na ulicach, latarnie gazowe przy co modniejszych posiadłościach i przede wszystkim nowe nurty architektoniczne.
Pomyślał, że jak tak dalej pójdzie kapitolińczycy przestaną w ogóle używać poduszkowców. Przejrzał się w lustrze i wyszczerzył do siebie zęby. Mimo tego, ze wchodził w jesień życia nadal mógł podobać się kobietom, a strój dodawał mu jakiejś tajemniczej szlachetności. Przerwał rozmyślania gdy pojawili się adiutanci meldując, że zwierzę jest już przygotowane. Odprawił ich. Chciał być sam. Spiął karego rumaka i ruszył przed siebie. Zapomniał się bardzo szybko, przechodząc do galopu - zgubił kapelusz, ale nie zwracał na to w ogóle uwagi. Parł do przodu przez niewielki las. Czy wiedział gdzie jest i gdzie jedzie? Z pewnością, choć nie chciał tego przed sobą przyznać. „Na pewno jej tam już nie ma” powtarzał sobie w duchu. „Obejrzę stare kąty i nim ktokolwiek zacznie się martwic wrócę do jednostki”.
Las skończył się nagle, jak ucięty nożem. Wyjechał na otwartą przestrzeń i z wrażenia zatrzymał konia w biegu, omal nie wylatując z siodła. To co zobaczył w niczym nie przypominało tego co pamiętał z dzieciństwa. Zniknęły gdzieś szare górnicze domki, stłoczone niegdyś niczym stadko przerażonych ptaków. Ani śladu po drutach kolczastych i ogrodzeniu pod napięciem. Wszystko było teraz ułożone jak figury na szachownicy – białe parterowe chałupki, równe poletka, poprzecinane prostopadłymi liniami dróg. Tu i ówdzie odezwały się psy. Z miejsca stracił ochotę na wizytę w dawnym dystrykcie. Ruszył stępa odbijając mocno szerokim łukiem na wschód. Słonce właśnie zachodziło, wioska skąpana w jego krwistoczerwonych promieniach wyglądała jak żywcem wyjęta z jakiegoś tandetnego landszaftu. „Tu jej nie ma” pomyślał. Nie umiał sobie wyobrazić jej temperamentu, energii i woli życia wciśniętej pomiędzy te identyczne, przerażające domy.
Zaczęło  się już robić ciemno gdy ujrzał pojedynczy dom stojący pod samym lasem. Oddalony od wioski, o ponad kilometr niemal niewidoczny na tle ciemnego boru. Poczuł jak coś ściska mu gardło. To był jeden z tych starych górniczych domów w jakim się wychował. Prawie w ogóle nieprzebudowany, cudem chyba tylko jeszcze się nie zawalił, wyraźnie chyląc się w lewą stronę. Ruszył w jego stronę powoli, jakby bał się zniszczyć to co zobaczył, jakby wierzył że to tylko fatamorgana, złuda z przeszłości. Zobaczył ją gdy już zaczynał wątpić w to, że dom jest zamieszkany. Stała w pół drogi pomiędzy swoim mieszkaniem, a czarną ścianą lasu. Miała na sobie prostą białą suknię. Widział tylko jej plecy, ale mógł domyśleć się co robiła. Od strony drzew bowiem usłyszał kilka kosogłosów. Melodia jaką śpiewały ptaki była mu dobrze znana. Przez chwilę szukał w głowie słów, by cicho zaśpiewać:
Dziwnie już tutaj bywało,
Nie dziwniej więc by się stało,
Gdybyśmy się spotkali pod wisielców drzewem o północy.

Ptaki umilkły wystraszone pojawieniem się obcego. Ona zaś obróciła się gwałtownie. Spojrzała ku niemu i zamarła w bezruchu. I tak stali dłuższą chwilę wpatrując się w swoje niknące w mroku sylwetki. Pomyślał, że może powinien odjechać. Pewnie wzięłaby go za przywidzenie, jakiś półsenny majak, a może za ducha? Nie miał jednak odwagi, żeby uczynić cokolwiek. Poruszyła się pierwsza. Powiało od strony lasu; wzdrygnęła się i to wystarczyło żeby zabić ten marazm jaki rozpostarł się pomiędzy nimi.  Machnęła zapraszająco dłonią i ruszyła w stronę domu. Bez jednego słowa. Nie tak wyobrażał sobie spotkanie po latach – ale cóż było robić? Zeskoczył z konia i poprowadził go ku domostwu. Wskazała mu niewielki słupek, do uwiązania wierzchowca i weszła do środka. Cały czas milczała. Poszedł za nią. Stała w niewielkiej izbie, najwyraźniej spełniającej rolę jadalni i kuchni. Spojrzał na jej twarz i omal nie krzyknął. Zdrowe partie skóry poznaczone siatką zmarszczek mocno odcinały się od tych fragmentów, które wiele lat temu liznął ognisty podmuch. Były one nadal gładkie i różowe jak u niemowlęcia. Wyglądała jakby zszyto ją z niepasujących do siebie kawałków. Jak zmiech, a nie dziewczyna w której kiedyś się kochał. Wiedział, że musiała się zmienić, że minęły dziesiątki lat, ale chyba nie był przygotowany na to co zobaczył. W dodatku włosy. Jej piękne, niegdyś czarne włosy, były teraz rzadkie i zupełnie siwe. Z trudem się uspokoił i gdy  podniosła wzrok, przywołał na twarz uśmiech.
- Zjesz coś? – zapytała
- Chętnie.
Postawiła na stole talerz z niewielką pieczenią i kawałkiem chleba. W blaszanym kubku podała mu jakiś ziołowy wywar.
- Polujesz? – spytał patrząc na mięso. Skinęła głową w odpowiedzi.
Dopiero teraz poczuł głód. Mięso było przyrządzone w prosty sposób, tak samo jadali gdy byli jeszcze dziećmi. Wtedy jednak umieli ze sobą rozmawiać, teraz siedzieli w milczeniu, tak jakby nie było nic do powiedzenia. A przecież wydarzyło się tak wiele. „Może właśnie zbyt wiele. Może przez to staliśmy się dla siebie zupełnie obcy. Nie ma już nic co by nas łączyło?” pomyślał.
- Peeta mieszka tu z tobą? – zapytał.
Gwałtowny skurcz jaki przebiegł jej ciało na dźwięk tego imienia był znakiem, że pytanie o swego niegdysiejszego rywala było ewidentnym błędem. Nie doczekał się odpowiedzi. Zamiast niej wskazała mu okno. Podszedł do szyby i mimo mroku ujrzał zarys jakiegoś kopczyka.
- Czarna ospa – dobiegł go jej głos, brzmiący jakby wydobywał się z głębokiej studni – Kilka lat temu.
- Przykro mi – nie umiał zdobyć się na nic więcej. Odwrócił się i ujrzał ją tępo wpatrującą się w ścianę. Wodził wzrokiem po mieszkaniu szukając jakiegoś punktu zaczepienia, czegoś o czym mogliby porozmawiać bez rozdrapywania ran. Kuchnia jednak była prawie pusta i zaniedbana. Kurz zalegał stare i podniszczone meble. Ot dawno nie sprzątane pomieszczenie. Nagle w kącie zauważył piętrzacy się stosik dziecięcych zabawek
- Masz dzieci? – spytał zaintrygowany.
- Miałam. Dorosły – było w tych dwóch krótkich słowach tyle goryczy nieudolnej matki, że przez jedną chwilę chciał podejść do stołu i wziąć ją w ramiona. Podskórnie czuł jednak, że to nic nie da. Kobieta, która siedziała przy stole to nie ta którą zapamiętał. To była jakaś potworna karykatura. Bynajmniej nie myślał o jej starej twarzy, lecz o marazmie i niechęci do życia jakie wyzierały z każdego jej gestu. Stał przy oknie i chciało mu się płakać. Nie miały znaczenia te wszystkie lata jakie minęły, niezaleczone rany jakie sobie pozostawili, nawet nie to, że nie było już powrotu do dawnych czasów. Po prostu nie mógł zrozumieć jak można było tak zniszczyć sobie życie. W imię jakiś głupich abstrakcyjnych pojęć, w imię bzdurnych rzekomych zobowiązań, w imię idiotycznych oskarżeń pod adresem tych którzy ją kochali. „Osaczyła się sama. I to znacznie skuteczniej niż robił to Snow” przeszło mu przez głowę. A może mylił się? Może była tu szczęśliwa z dala od ludzi, karmiąc się wspomnieniami szczęśliwych chwil.
-No…. Nie udało mi się życie – powiedziała próbując się uśmiechnąć. Stracił zupełnie nadzieję, nie z powodu sensu jej słów, a właśnie przez ten sztuczny uśmiech, którym nieporadnie ukrywała ogrom wewnętrznej pustki. – Ale mów co u ciebie? Nic się nie zmieniłeś.
Odruchowo podniósł dłoń i dotknął twarzy. Poczuł gładką przeszczepioną skórę.
- Kapitolońska chirurgia plastyczna nadal czyni cuda.
- Dla mnie już chyba za późno – powiedziała ciągle się uśmiechając.
Chciał coś powiedzieć, ale nic mądrego nie przychodziło mu do głowy. Uśmiech zgasł na jej ustach – zrozumiał, że to milczenie dotknęło resztek jej kobiecości do żywego.
- Tak… Kapitol… pewnie dobrze się tam czujesz? – próbowała być złośliwa.
- To prawda – przytaknął
- Co robisz?
- Jestem żołnierzem. W stopniu generała – pochwalił się odruchowo.
- Proszę, proszę. Dosłużyłeś się tego na jakiejś nowej wojnie?
- Tak. Na buncie rewizjonistów. Nie słyszałaś? – był naprawdę zaskoczony.
- Nie. Chyba nie. Od śmierci matki, mało wieści ze świata do mnie dociera.
- Ale to była głośna sprawa. Dawni zwolennicy Snowa i nowi, którym wmówiono, że wtedy było lepiej. Omal nie…
- Daj spokój – przerwała mu – naprawdę mnie to nie interesuje. Snow, Plutarch, Haymitch, Finnick… To już tylko puste nic nie znaczące imiona. Czuję jakby nigdy nie istnieli. Jakbym o nich kiedyś śniła. Jakby nie byli realni. Wszyscy. Nawet Prim.
- Nawet ona? – zapytał zaskoczony. Skinęła głową w odpowiedzi.
- Ty też jesteś ze snu. Jutro obudzę się i będziesz tylko kolejnym majakiem.
- A jeśli zostanę? – nie wiedział skąd przyszło mu to do głowy.
Zaśmiała się krótko i gardłowo.
- Daj spokój. Masz przecież swój świat, swoje z pewnością ułożone życie. Jesteś odpowiedzialnym kapiotolonczykiem.
- Tak. Dzięki tobie. Tyle mówiłaś o odpowiedzialności. Wziąłem to sobie do serca – był rozdrażniony i chciał się odgryźć. Zobaczył, że odwraca głowę. Musiał ją skutecznie dotknąć.
- Idź już sobie – rzuciła po chwili.
Ruszył ku drzwiom, szczerze rozczarowany ich rozmową. Nie tego się spodziewał. Był już na progu gdy zawołała za nim:
- Gale!
- Tak, Kotna? – zatrzymał się w półmroku.
Nadal siedziała przy stole, zdawało mu się że widzi w jej oczach żal.
- Nic. Nic… - rozwiała jego złudzenia – Odejdź już.
Skłonił się grzecznie i wyszedł z chaty. Miał świadomość, że widzi ją po raz ostatni.

Patrzyła przez chwilę za nim gdy znikał w mroku. Wmawiała sobie, że powinna nienawidzić tego pięknego chłopca z Kapitolu, za wszystkie jego sukcesy, zwycięstwa, udane szczęśliwe życie. Nie umiała. Czuła, tylko olbrzymi żal do losu, ze tak okrutnie z niej zakpił. Przecież tego właśnie chciała – ciszy i spokoju. A mimo to, wiedziała że to ona przegrała, a on jest zwycięzcą. Myślała że, jej ostatnie dni będą takie do tej pory – smutne, ale pełne bezmyślnego wykonywania nic już nie znaczących czynności. Wizyta Gale’a odnowiła dawne rany. Mimo buńczucznych zapowiedzi o sennych majakach, jakie mu rzuciła, wiedziała ze nie ma już powrotu do dawnych dni. Ten mężczyzna przypomniał jej boleśnie kim była kiedyś. Zbyt boleśnie aby umiała sobie z tym poradzić. Spojrzała jeszcze w okno, ale nie dostrzegła jego smukłej sylwetki. Siedziała tak przez  chwilę, choć dobrze wiedziała, co powinna zrobić. Wstała i ruszyła do spiżarni. Sięgnęła do najwyższej z półek i zdjęła z niej niewielki słoiczek. Wysypała na rękę kilka zasuszonych jagód. Mocno zacisnęła je w dłoni i wyszła na zewnątrz. Noc był bezchmurna, księżyc w pełni już wzeszedł, a jego światło odcinało kształty drzew z tafli mroku. Dołączył do nich jej cień, wykręcony i gigantyczny – niezamierzona parodia jej starego ciała. Jedna, jedyna łza spłynęła po twarzy, gdy uniosła dłoń do ust, lecz jesienny wiatr dwoma podmuchami wysuszył jej skórę.
- Na trzy – wyszeptała, lecz nie wiedziała czy chce żeby usłyszał ją spoczywający pod pobliskim kopcem mąż, czy ten piękny jeździec, który właśnie gnał przed siebie chmurny i zły.
Jagody miały gorzki smak.

You Might Also Like

7 komentarze: