Herezja gandawska

13:49 Igor Banaszczyk 0 Comments

Następnego dnia rano przy śniadaniu w hotelu, Aleksandra - tak miała na imię ta gniewna kobieta - pochyliła się ku mnie nad croissantami i rzekła:
-Prawdziwy Bóg jest zwierzęciem. Jest w zwierzętach, tak blisko, że aż go nie dostrzegamy.
Codziennie się za nas poświęca, wielokrotnie umiera,karmi nas swoim ciałem, odziewa w swoją skórę, pozwala na sobie testować lekarstwa, żebyśmy mogli żyć dłużej i lepiej. Tak okazuje nam przywiązanie, obdarza nas przyjaźnią i miłością.
Znieruchomiałam, wpatrzona w jej usta, wstrząśnięta nie tyle tym objawieniem, ile tonem, jakim je wypowiedziała - spokojnym. I nożem, który obojętnie rozprowadzał warstewkę masła po puchatym wnętrzu rogalika.
-Dowód znajduje się w Gandawie.
Wyszarpnęła ze szmacianej torby widokówkę i rzuciła mi na talerzyk. Wzięłam ją do ręki i starałam się wypatrzyć jakiś sens w mnóstwie szczegółów; potrzebowałabym do tego chyba lupy.
-Każdy go może zobaczyć - powiedziała Aleksandra. - W środku miasta stoi katedra, a tam,
w ołtarzu, jest wielki piękny obraz. Widać na nim pole, zieloną równinę, gdzieś za miastem, i na tej łące stoi proste podwyższenie. O tu - wskazała mi końcem noża - tu jest Zwierzę w postaci białego jagnięcia, wywyższone.
Tak, poznałam obraz. Widziałam go wiele razy na jakichś reprodukcjach. "Adoracja Baranka".
- Jego prawdziwa tożsamość została odkryta -jego jasna świetlista postać przyciąga do siebie
wzrok, każe głowie skłonić się przed jego boskim majestatem - opowiadała i nożem wskazywała jagnię.
- I widzimy, jak z każdego niemal miejsca płynie ku niemu procesja - oto wszyscy ludzie idą mu złożyć hołd, spojrzeć na tego najskromniejszego, upodlonego Boga. O, zobacz, tu podążają władcy krajów, cesarzowie i królowie, kościoły, parlamenty, partie polityczne, cechy rzemieślnicze; idą matki z dziećmi, starcy i podlotki...
- Dlaczego to robisz? - zapytałam.
To oczywiste - żeby napisać wielką księgę, w której nie zostanie pominięta żadna zbrodnia, od początku świata. To będzie spowiedź ludzkości.


"Bieguni" Olga Tokarczuk

Herezje mają to do siebie, że zaczynają od drobnego kłamstewka czy przeoczenia. Jest ono w fundamentach chorej ideologii - w samej jej podstawie, pozornie nic nie znaczące. A potem od niego właśnie zaczyna się pękniecie. I przez nie, wreszcie runie cały budynek.
Powyższa herezja, choć pięknie opisana i jakże dziś popularna, jest w tej kwestii podobna. Ot, a tam, w ołtarzu, jest wielki piękny obraz - nie Pani Olgo (czy też może Aleksandro?), nie w ołtarzu. Z tyłu, pod chórem z lewej strony. Tak jakby wstydliwie schowany. I w dodatku biletowany - odcięty zupełnie od reszty kościoła, oddany w objęcia mamony.
Mimo wszystko obraz jest piękny. Warto wydać te kilka euro i posłuchać o cytrynie, którą Ewa zerwała z drzewa poznania Dobrego i Złego, dowiedzieć się gdzie znajdował się warsztat van Eycków, kto został dopuszczony w pobliże Baranka i ile różnych roślin rozpoznano na obrazie. A jeśli nudzi nas popularno-naukowa gadka, warto podejść i pokontemplować. Bez zbędnych filozofii i neopogańskich tez. Dostrzeżemy w obrazie pełnię mistycyzmu późnego średniowiecza - szczytowego okresu rozwoju rasy ludzkiej.
Mam jakąś słabość do herezji - lubuję się wyszukiwaniu tych najdziwaczniejszych. Niczym patolog, który w duszy cieszy się z każdego nowego przypadku jaki udało mu się zbadać. Powyższą zapamiętam z pewnością, choć nie jest ani dostatecznie estetyczna, ani absurdalna, ani nowatorska (pamiętajmy o złotym cielcu!), to mimo wszystko jest interesującym przykładem tego jak zbłądzić może myśl ludzka.



You Might Also Like

0 komentarze: